Polska szminka na Times Square

Po ponad półrocznej przerwie w blogowaniu i pewnych zawirowaniach wracam do opisów Stanów. Pierwszy wpis po długim „urlopie” będzie trochę w atmosferze smutku i żałoby, ale przede wszystkim nie zabraknie dumy i pozytywnych akcentów.

O czym będzie wpis? O polskich kosmetykach w USA.

W sobotę tj. 23 lutego 2013 roku dotarła do nas informacja o śmierci p. Wojciecha Inglota. Jeden z największych polskich biznesmenów odszedł nagle zostawiając ogromną firmę kosmetyczną – Inglot. O fenomenie marki chciałam już wspomnieć wcześniej na blogu, ale jakoś nie było okazji. Dzisiaj okazja jakby przyszła sama.

Co jednak ma wspólnego Inglot ze Stanami Zjednoczonymi? Już spieszę z wyjaśnieniami. W USA szukanie polskich akcentów (oprócz domów polonijnych i kilku pomników Kościuszki) jest zadaniem karkołomnym. Szukanie polskich marek na amerykańskim rynku… można by pomyśleć niemożliwe. Oprócz kilku kremów dr Ireny Eris w dobrych drogeriach, tak naprawdę tylko Inglot ze swoimi kosmetykami kolorowymi zawojował Amerykę. Wśród miliona świateł i tysięcy reklam największych marek światowych na Times Square, znajdziemy nie tylko reklamę, ale też salon Inglota. Czy nie brzmi to dumnie – kupić polskie kosmetyki na słynnym Times Square niemal w całości wyprodukowane u nas, w Przemyślu? A jakże. Widząc po raz pierwszy salon Inglota w NYC aż cieplej człowiekowi robi się na duszy ;) I wcale nie chodzi o reklamowanie przez mnie tej marki. Po prostu jest to dowód, że my Polacy też potrafimy robić biznes na światową skalę i wcale nie jesteśmy gorsi od innych.

Po podbudowaniu trochę naszego polskiego „ego” dodam tylko – „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Swoją drogą ciekawa jestem czy sprzedawczyni we wspomnianym salonie na Times Square wie gdzie sprzedawane przez nią kosmetyki są produkowane. Zapytam przy najbliższej okazji ;) Ciekawe jak zareaguje ;)