Mimo, że pochodzą z Niemiec, to stały się daniem narodowym USA. Jego ikoną, symbolem.  To hamburger, obok steków, jest podstawą każdego BBQ. Nawet wegetarianie nie mogą się bez niego obejść ;)

Wiele osób pyta mnie czy hamburgery w Stanach są większe od tych europejskich, i czy oczywiście są od nich smaczniejsze. I tak, i nie. Zacznijmy od wielkości amerykańskich hamburgerów. Te serwowane w sieciowych fast-foodach nie różnią się od tych znanych nam z tych samych restauracji. Należy więc obalić mit, że wszystkie hamburgery w Stanach są w rozmiarach XXL (czego nie można powiedzieć o napojach – tamtejsze kubki naprawdę są dwa razy większe!). Naprawdę dużego hamburgera możemy kupić w zwykłych barach. Najczęściej podawany jest od razu z frytkami (jako dodatkowa porcja warzyw ;)). Ale nie przesadzajmy, że w Polsce nie ma dużych hamburgerów – oczywiście, że są! Możemy kupić takiego w przydrożnej budce, zazwyczaj obok innej budki z kebabem. A to, że więcej w nim sałaty i innego ziela, to już inna kwestia ;)

Co do smaku amerykańskich hamburgerów, to nie zauważyłam jakiejś znacznej różnicy z tymi, które jadamy w Polsce. Można by powiedzieć – hamburger to hamburger. Mówię tak pewnie dlatego, że w odróżnieniu do Marshall’a z How I met your mother, nie trafiłam jeszcze na najlepszego hamburgera na świecie ;) Ale wiem gdzie w Stanach podają naprawdę dobre. Polecam knajpkę w bostońskiej dzielnicy Cambridge, niedaleko Harvard University. Bar znajduje się na 1246 Massachusetts Ave. i nazywa się Mr. Bartley’s Gourmet Burgers. Lokal jest dosyć mały i niewiele w nim miejsca, ale mimo to warto się do niego wybrać, ze względu na panującą w nim atmosferę, wystrój (wprost nie można oderwać wzroku od prześmiesznych tablic zawieszonych na ścianach) i przede wszystkim hamburgery. W menu możemy znaleźć takie pozycje jak: Viagra, iPhone, Barack Obama, Oprah,  Lady Gaga czy Facebook. Każdy z tych hamburgerów jest inny i oryginalny – nigdzie indziej nie zjecie hamburgera z niebieskim serem, mozzarellą, guacamole, czy kurczakiem teriyaki. Po prostu palce lizać! Ponadto każdy klient dostaje szklankę wody, więc jeśli chcemy trochę „zaoszczędzić” (pamiętajmy o obowiązkowym napiwku w wysokości 15% całego zamówienia) to nie musimy nawet zamawiać napojów ;). Na tą knajpkę trafiłam dzięki znajomemu, który jest bostończykiem, ale myślę, że przekona was przyznanie tytułu „Best of Boston” przez dziennik The Boston Globe.  Jadali w niej m.in. Al Pacino, Adam Sandler, czy Bob Dylan.